I Komunia św. 31.05.2026 r.

„Czy mniej może znaczyć więcej?”

I KOMUNIA ŚWIĘTA   LUBAŃ (KSIĘGINKI), 31.05.2026 roku

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć fotograficzny zapis przebiegu opisanej niżej uroczystości. Zdjęcia zostały opublikowane zgodnie z normami Dekretu Konferencji Episkopatu Polski w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim z dnia 13.03.2018 roku. Aby obejrzeć zawartość Galerii Foto i pobrać umieszczone tam fotografie, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS, aktywując przekierowanie. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

   Pytanie postawione w tytule tego opisu może się wydawać durne i nielogiczne. A jednak… czasem ma sens. Tak było w przypadku tegorocznej uroczystości komunijnej, w której wzięła udział… 3-osobowa grupa dzieci: Matylda, Jan i Amelia. Samo zaś pytanie… zostało zadane przez jednego z uczestników uroczystej Mszy św. – i jego sens, mam nadzieję, potwierdzą poniższe słowa.

   Trójka dzieci – to od razu klasyfikuje uroczystość w kategorii czegoś drobnego, nieznaczącego (w porównaniu z mega-obchodami). A jednak… nasza uroczystość była prawdziwie wielka – dzięki naszym dzieciakom, ich Rodzinom oraz wspaniałym Gościom towarzyszącym bohaterom tego dnia.

   Przygotowania rozpoczęły się w ubiegłym roku – spotkaniami z Rodzicami, które miały nie tylko charakter techniczny, ale stały się także okazją do wspólnej pracy nad stworzeniem scenariusza ceremonii, której przesłaniem stała się myśl: „Niech poczują, że to ich święto, ale nie zestresujmy ich totalnie”. Tak więc powstał program nieco okrojony (w porównaniu z wcześniejszymi uroczystościami, w których brało udział kilkanaście osób) – dający jednak każdemu z dzieci pokazanie się i czynny udział w liturgii.

    Przygotowaniem dalszym dzieci stały się niedzielne Msze święte z ich udziałem, podczas których nie tylko przyzwyczajały się do układu liturgii, ale także „oswajały się” z proboszczem [zimowiskowa ksywa „szeryf”]. Coraz częściej zaczynały dialogować podczas okolicznościowych rozważań, wnosząc w nie sporo dziecięcej kreatywności.

   Klimatem uroczystości powiało w poprzedzający ją czwartek, kiedy pojawiła się „demolkowa ekipa” – z tą „demolką” to oczywiście żart, ale faktycznie Rodzice i ich bliscy zaskoczyli mnie determinacją. Nie była ona może całkowicie bezinteresowna [„jak szefowa nie odbierze naszej pracy, to będziemy tu sterczeć do północy”], ale robiła wrażenie. Niewielka grupa osób w kilka godzin zmieniła znacząco estetykę placu wokół kościoła – z czynnym udziałem samych dzieciaków [„w domu tak nie robię” – przyznała Matylda].

   Do tego momentu atmosferę przygotowań można było określić jankowym „spoko” – ale sobota… to już były „Himalaje stresu”. Wiadomo, pierwsza konfrontacja z własnymi słabościami zawsze budzi emocje – i faktycznie, „strzelały one jak karabin maszynowy”. W sumie, post factum, okazało się, że „nie taki diabeł straszny…” i spowiedź odbyła się spokojnie [i „na piątkę”]. Zaraz po zakończeniu korzystania z „Bożego odkurzacza” [określenie, które zapadło mi w pamięć po jednej z wcześniejszych uroczystości komunijnych] rozpoczęła się „artystyczna demolka” w kościele – zaaferowany Mamy co chwila rzucały tekstami: „my… amatorki”, ale faktycznie stworzona przez nie aranżacja robiła wrażenie. Do tego atmosfera, w której nie brakowało zatroskania „jak to będzie jutro”, ale także radość, że już niedługo dzieciaki rozpoczną nowy etap życia.

   W końcu nadszedł ten moment – niedziela, 31 maja. Samą uroczystość poprzedziła „mega sesja foto”, w której [tak to przynajmniej wyglądało z boku] rywalizowały dwie ekipy: zamówiony fotograf oraz (przyznający się często do tej słabości) proboszcz – rywalizowały oczywiście pokojowo, a migawki aparatów trzaskały jak opętane. „Pojedynek” zakończył się z chwilą rozpoczęcia Mszy św.

   Liturgia składała się z kilku części, w które były zaangażowane nie tylko dzieci, ale także ich Rodzice. Pierwszą stały się obrzędy wstępne, których ważnym elementem stało się błogosławieństwo dzieci przez Rodziców. I tu pojawił się ALERT [!!!!!!!!!!!!!!] – niektórym Mamom zaczęły się „pocić oczy”. Dostrzegając to proboszcz zaapelował o wezwanie Straży Pożarnej, bo „jak dalej tak pójdzie to popłyniemy z wodą” (J).

Swoistym testem poziomu „napięcia” dzieciaków stał się akt pokuty – w miarę zbliżania się terminu uroczystości, podczas kolejnych prób, wzrastała prędkość czytania tekstów i obawialiśmy się, że dzisiaj to już będzie „tempo Pendolino”. Ale dzieciaki pokazały klasę i teksty przeczytały „lightowo” [… szacun dla Was!!!].

   O liturgię słowa zadbali przybyli Goście (podobnie jak o oprawę liturgiczną – wsparł nas ministrant oraz szafarz z zewnątrz. Czułem się, jakby wróciły „stare dobre czasy” z początków mojej posługi w Lubaniu). Z nutkami musiała „powalczyć” Katarzyna, przypominając sobie, jak to robiła kilka lat temu, należąc do scholi „Dzieciaki z Bożej Paki”.

   W końcu przyszedł czas na homilię, która – ku zaskoczeniu części Gości – miała charakter dialogu, do którego została „zaproszona” (inne słowo sugerowałoby karalność tego typu postępków) jednak z osób dorosłych. Była „palpitacja serca” i lekki rumieniec, ale wyszło nieźle. Rozmówczyni „szeryfa” doszła do zgodnego wniosku, że cała trójka dzieciaków jest dzisiaj piękna… a same dzieciaki szybko doszły do tego, że są piękne „pięknem mieszkającego w ich sercach Jezusa” [dodam, że westchnienie ulgi „zaproszonej” rozmówczyni było słychać chyba na Kamiennej Górze – ale nic to… to się wytnie…].

Nie da się ukryć, że można było dostrzec „lekkie” zaskoczenie uczestników liturgii spontanicznością i trafnością ocen wypowiadanych przed dzieci [ale to dziwiło tylko Gości, bo my, podczas Mszy św. niedzielnych do tego przywykliśmy już dawno temu].

   Chrzcielne wyznanie wiary nie tylko poszło bezbłędnie [nikt nie „wyrzekł się” kogoś, w kogo deklarujemy wiarę – a zdarzyło się to już kilka razy dorosłym podczas tego typu uroczystości], ale także dało świadectwo, że nawet trójka dzieci może być słyszana na końcu wypełnionego po brzegi kościoła [czyżby trening przed dziękczynieniem?].

   Bardzo wymownym momentem stała się procesja z darami, które dzieci ofiarowały jako swój dar. Podejście „z namaszczeniem”, ale jednocześnie ze swobodą i uśmiechem po raz kolejny zaskoczyły obserwatorów przyzwyczajonych być może do „postawy dystansu w kościele” (to właśnie do tego nawiązywał proboszcz w homilii zachęcając dzieci, aby po przyjęciu komunii św. okazały płynąca z tego radość – czy to się udało muszą ocenić obserwatorzy momentu przyjęcia Pana Jezusa).

   Chociaż momentem najważniejszym Eucharystii jest Przeistoczenie, dla pokazania zaangażowania i możliwości dzieci okazało się nim dziękczynienie i nabożeństwo majowe. Dziękczynienie składało się z 3. kroków: dzieci najpierw dziękowały Rodzicom (oj, znowu „puściła tama łez”), a potem próbowały do tego samego doprowadzić „szeryfa”. Tym chwilom towarzyszył podkład „Alleluja” z jednej z warszawskich parafii – i tu zdziwko… uczestnicy liturgii podjęli refren, i to tak, że mój sprzęt (choć ma swoją moc) tym razem musiał uznać się za pokonanego. Szanowni Państwo! Szacunek… A skoro tak, do trzeciego kroku zostały zaproszone nie tylko dzieci, ale także ich Goście – był nim samodzielny wykon piosenki „Jesteś Królem”, który najpierw poprowadził proboszcz [i tu doszło do totalnego zdziwka „publiki” na widok gitary w jego ręku – no cóż, może na to nie wygląda, ale jeszcze potrafi to i owo na strunach]. Po pierwszych zwrotkach zostaliśmy zaskoczeni pytaniem: „Czy ktoś się tu czuje… hmmm… staro?” – było kilku chętnych, ale większość nie przyznała się do „peselu” – więc, antycypując niejako jutrzejszy Dzień Dziecka, zostaliśmy  „zaproszeni” do czynnego udziału w animacji tej piosenki. A że gitara miała łączność bezprzewodową z piecykiem… „szeryf” doszedł prawie do końca kościoła sprawdzając, czy gdzieś nie leserują jakieś „starocie” (J). Finałem tego stał się ocena: najpierw dorosłych przez naszą trójkę [okazały się rozsądne – w końcu będąc przed uroczystym obiadem trudno „grabić sobie” oceniając śpiew dorosłych na 2+ (oceniły wykon na 10/10)]. Potem przyszedł czas na dorosłych. W tym przypadku pomocą miał być mój „brawomierz”, który po rzęsistej i długiej czasowo owacji po prostu… się zablokował…

   Ale to nie koniec… Podczas prób uczestniczyliśmy w kilku „majówkach” animowanych przez zespół „Mocni w Duchu” [oczywiście wirtualnie] – i to tak przypadło do gustu Rodzicom, że zdecydowali, iż chcieliby, aby właśnie w takim klimacie uczestniczyć w ostatnim tegorocznym nabożeństwie majowym. „No problem… słowo stało się ciałem” – i oto w kościele zabrzmiało przepiękne wykonanie Litanii Loretańskiej… dialogowane, bo w jej wyśpiewanie włączyły się nie tylko dzieci, ale także pozostali uczestnicy liturgii. I to słyszalnie i z „zadęciem”. Aż szkoda było, że w końcu doszliśmy do końca śpiewu.

Kontynuacją nabożeństwa stał się akt zawierzenia NMP, w której wzięła udział cała trójka; wystawienie i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.

   Czytający ten opis mógłby dojść do wniosku, że cała liturgia była wypełniona zaskakującymi działaniami proboszcza. Nic bardziej mylnego. Kiedy po wręczeniu obrazków pamiątkowych dzieciom proboszcz rzucił żartobliwie: „Widać, że macie energię na jakiś mały koncercik” okazało się, że zostało to potraktowane poważnie i w eter padło hasło: „Śpiewamy dalej”. Niektórym (czytaj „szeryfowi”) nie trzeba powtarzać – gitara gotowa, śpiewnik pod ręką i oto za chwilę wybrzmiał religijny cover „Alleluja” śpiewany z prawdziwym spontanem i dynamiką. Tak się zastanawiam, jak będzie wyglądał obiad po takim śpiewaniu i czy nie przyjdą roszczenia do praw autorskich?

   Czytający ten opis może być zaskoczony jego lekkim tonem, ale to nie efekt lekceważenia uroczystości, a zwrócenie uwagi na to, co stanowi odpowiedź na postawione w tytule pytanie.

Tak, tak niewielka grupa dzieci może się zaangażować w tak dużym stopniu, że wychodzi z tego coś rewelacyjnego, w skali mega. A jeśli są jeszcze „rozśpiewani Goście”, to pozostaje tylko modlitwa, że efekt finalny wytrzymają ściany kościoła (mowa o decybelach).

   Bardzo serdecznie dziękuję i gratuluję pięknej uroczystości:

– najpierw dzieciom: Jankowi, Amelii i Matyldzie (byłyście stremowane, ale jednocześnie bardzo spontaniczne – i chyba to spowodowało zaangażowanie Waszych Gości);

– następnie Rodzicom: Wasza praca nie byłą czasem widoczna dla innych ale zrobiliście wszystko, aby uroczystość Waszych dzieci okazała się sukcesem – i tak się stało);

– wszystkim uczestnikom liturgii: dla części z Państwa spotkanie z dialogującym i pogrywającym księdzem może być doświadczeniem „traumatycznym” [J], ale jak było widać po pierwszym zaskoczeniu poczuliście „luzik” i to (nie rzutując na powagę Eucharystii) spowodowało, że nasze spotkanie było faktycznie ‘dzieleniem się radością”.

 

Tekst i foto: ks. Janusz Barski

Dodaj komentarz: