I Komunia św. 27.09.2020 roku

   Dzisiejszy niedzielny dzień stał się okazją do przeżycia ostatniej już odsłony I Komunii św. A.D.2020. Tym razem wzięła w niej udział najliczniejsza, bo 6-osobowa grupa dzieci: Laura, Karolina, Maja, Franciszek, Szymon i Oskar – czego efektem był widoczny wzrost liczby uczestników Eucharystii. O randze uroczystości świadczyło także oprawienie muzyczne przez scholę i Dawida oraz liturgiczna asysta p.Tomasza. Można powiedzieć, że „poczuliśmy powiew normalności”.

   Dzisiejsze spotkanie poprzedziła, jak zwykle ciężka, praca Rodziców przygotowujących kościół i teren posesji (co było o tyle niełatwe, że od piątkowego popołudnia cały czas padało) – odpadł więc pomysł dmuchaw i trzeba było wrócić do starych poczciwych mioteł. O ile na zewnątrz Rodzice walczyli z pogodą i liśćmi, o tyle w kościele toczyły się zmagania z materią nieożywioną (dekoracje) oraz średnio ożywioną (kwiaty), w czym znowu swój kunszt pokazała pani Małgosia. Trzeba przyznać, że całokształt przygotowań zaowocował naprawdę piękną dekoracją oraz wspaniałą atmosferą (o której za chwilę).

   Tradycyjnie, sporym przeżyciem była I spowiedź św. (którą niektórzy… prawda Szymonku?… przeżywali z ciśnieniem „wylewowym”). Po tym doświadczeniu, w poczuciu „lekkości” (po odpuszczonym „dorobku”) rozpoczęły się prace przygotowawcze. Podczas gdy Rodzice dzielnie walczyli z materią, dzieciaki najpierw zaczęły „zapasy” z miotłami, a kiedy już zabrakło „przestrzeni do sprzątania” wznowiły próby przed jutrzejszą Eucharystią. I tak przez kilka godzin.

   Niedzielny poranek okazał się pewnym szokiem. Nadal było nie tylko deszczowo, ale i pochłodniało. Zapowiadał się więc „dzień bolesnych doświadczeń”. Wszyscy pojawili się jednak w fajnych nastrojach, choć „niepokojącym” było zaspanie dzieciaków, które non stop… ziewały (a przecież wszyscy wiemy, jakie to zaraźliwe). O nastroju zdecydowało chyba to, że tak z godzinkę przed rozpoczęciem mszy św. trochę się rozpogodziło (a przynajmniej przestało padać).

   Pierwszym akcentem stała się… no jakże by inaczej… sesja zdjęciowa przy Piecie. Próbowaliśmy wydobyć z naszych małych bohaterów uśmiechy, trafiając na „talenty-samorodki” (jak Karola czy Szymon), poprzez te, wymagające „wspomagania” („powiedz czekolada”… Laurko, Maju czy Franiu), po „twardzieli powagi” (prawda Oskarze?). Myślę, że te zmagania trochę rozluźniły Rodziców (oby nie powtórzył się zauważalny podczas prób „sztywny pal Azji”).

   Msza św. rozpoczęła się intrygująco (przynajmniej dla niektórych). Na rzucone przez „szeryfa” pytanie „pomożecie?” odpowiedzieliśmy chóralnie: „pomożemy!!!” (i zabrzmiało to naprawdę donośnie). Aby nie być gołosłownymi, „daliśmy Powera” już podczas pieśni na wejście „Oto jest dzień” (co zostało zauważone i podkreślone przez celebrującego msze św. proboszcza). Oczywiście. Nie zabrakło spięcia podczas błogosławieństwa dzieci przez Rodziców (och, ci kochani ojcowie, potrzebujący „dopingu”, aby dosadniej wyrazić dzieciom swoje dzisiejsze uczucia i emocje), ale cóż… takie chwile przeżywa się przecież jakże rzadko.

   O ile akt pokuty prowadzony przez dzieci jest u nas już standardem, o tyle (podobnie, jak we wszystkich tegorocznych odsłonach uroczystości) novum stała się szczególna „celebra” podczas czytania lekcji mszalnych: „Tytuł. Popatrz czy rodzice nie śpią. Cały tekst. Sprawdź, czy rodzice nie przysnęli. Zakończenie”. Trzeba przyznać, że Szymona i Karolinka dali tutaj z siebie totalnie wszystko.

   „Próbą ognia” (także dla ks. Janusza) stała się homilia, podczas której dzieciaki potrafiły wymyślić takie „łamańce skojarzeniowe”, że dwukrotnie usłyszeliśmy z ust homilety: „Teraz to ja już mam wodę w mózgu” (oczywiście traktowane żartobliwie). Doszliśmy do wniosku, że nasze serca stały się dzisiaj „żywymi tabernakulami”, które trzeba – w przypadku grzechu – regularnie „sprzątać” oraz że dzisiejsze ciuchy będące informacją, co przeżywamy, powinny zostać szybko zastąpione umiejętnością dzielenia się radością z tak bliskich spotkań z Chrystusem („zarażanie innych uśmiechem”). Po tym poznają, że jest On naszym Przyjacielem.

   Wyzwaniem, które niepokoiło nas podczas prób była pewnego rodzaju „nieśmiałość” (zauważalna szczególnie podczas wyznania wiary i składania przyrzeczeń komunijnych). Dzisiaj było lepiej, choć chyba zgodziliśmy się z sugestią, że „każde kolejne Wasze przyrzeczenie jest wypowiadane jakby coraz ciszej”.

   Dużym wyzwaniem dla scholi stał się moment uformowania grupy prowadzącej modlitwę wiernych. Bohaterom dnia tak spodobały się kościelne ławki, że za nic nie chcieli ich opuścić. To spowodowało, że przewidziana na tę chwilę pieść musiała zostać powtórzona 6 razy (widok zaskoczonej Martyny – bezcenny).

   Pozostała część mszy św. przebiegała już bez większych problemów (w czym na pewno pomagali stali uczestnicy sumy parafialnej). Widać było spore emocje podczas przyjmowania przez dzieci komunii św. – obyśmy tak przeżywali ten moment jak najdłużej.

   Wzorem poprzednich odsłon „niespodzianką” miało się stać dziękczynienie. Jego formuła była prosta – dzieci z jednej strony animowały piosenkę „Jesteś Królem”; z drugiej zaś, po zakończeniu śpiewu, miały ocenić dorosłych jej wykonawców – „tylko pamiętajcie, że ja tu zostaję, a Wy wracacie do domów…” przestrzegał proboszcz. Nasze dzieciaki chyba się tym nie przejęły, bo werdykt był bardzo „surowy” (ledwo trójczyna). Cóż więc robić, my dorośli musieliśmy poprawić te notowania. Pomogła nam w tym piosenka „Hej Jezu, Królem Tyś”, przy której oceniające dziecięce jury dostało „tanecznych spazmów” i nie miało innego wyjścia – PEŁNA SZÓSTECZKA!!! Nie ma to jak takie zwieńczenie 90-minutowej modlitwy.

   Podsumowując po raz kolejny pragnę podkreślić duże zaangażowanie Rodziców naszych dzieciaków, ich samych oraz osób wspierających. Ponownie dziękuję pani Małgosi za pomoc przy przygotowaniu oprawy florystycznej. Dziękuję także, działającej na razie w sporym osłabieniu, scholi (która dzisiejszą uroczystość oprawiła w grupie 4-osobowej, radząc sobie z tym problemem całkiem nieźle). Podziękowania należą się także stałym uczestnikom sumy parafialnej (za ich cierpliwość – w końcu rzadko kiedy niedziela Eucharystia trwa tak długo) oraz przybyłym gościom (dla których niektóre pomysły „szeryfa” trąciły może tym i owym. Nikt w każdym razie nie dzwonił po „wesołych panów”). Myślę (i mam nadzieję), że atmosfera tego spotkania spowodowała, że tak naprawdę nikt nie narzekał na czas trwania uroczystości.

   Na koniec jeszcze jedno. Czas pokaże, czy to się spełni, ale mamy w planach jeszcze jedno spotkanie, w październiku, które będzie okazją do modlitewnego i „biesiadnego” podsumowania I Komunii św. czasu pandemii (ale to już zależy od Rodziców naszych dzieciaków).

Dodaj komentarz: